7 pierwszych prac #myfirst7jobs – moje wspomnienia

Kiedy sięgnę wstecz pamięcią do tamtych lat, aż trudno uwierzyć, że było to tak dawno, bo wszystkie z moich 7 pierwszych prac pamiętam doskonale i każdą z nich traktuję jako duże doświadczenie, które nauczyło mnie czegoś ważnego i wpłynęło na to, co robię dziś, choć pozornie żadna z nich nie ma z zawodem blogerki kulinarnej nic wspólnego. Z okazji popularnego od kilku dni tagu #myfirst7jobs trochę moich wspomnień :).

Zobacz też: Więcej o mnie

Nie zachowały się z tamtych lat żadne zdjęcia, żadne! Nie było jeszcze aparatów w telefonach i zwyczaju robienia kopii zapasowych. Na pocieszenie zdjęcie z mojej ostatniej pracy nad pisaniem książki, wykonał je najlepszy fotograf ślubny :).

7 pierwszych prac #myfirst7jobs
7 pierwszych prac #myfirst7jobs

7 pierwszych prac #myfirst7jobs

  1. Bukieciki – kiedy byłam mała, sprzedawała je moja babcia. Pamiętam, że nie wolno było nam chodzić do ogrodu i dotykać kwiatów, bo wszystko było przeznaczone na bukieciki, ale gdy byłam starsza, babcia pozwoliła mi korzystać z kawałka ziemi pod drzewem i mieć własną, małą uprawę. Bukieciki, w wakacje pomiędzy 7 a 8 klasą, zrobiłyśmy z koleżankami i stałyśmy na nieistniejącym dziś targowisku przy pl. Grunwaldzkim, sprzedając je w różnych cenach i wzbudzając powszechne zainteresowanie okolicznych sprzedawców, bo każda z nas wyglądała na mniej lat, niż miała w rzeczywistości.
  2. Skręcanie wtyczek i kabli – doskonała praca i ćwiczenie dla palców, choć moje zawsze były stworzone do wszelkich robótek ręcznych. Skręcałam je w wakacje, razem z mamą i kuzynką, a dostarczał ich pracujący w jakiejś fabryce wujek.
  3. Bransoletki z muliny – świetna sprawa, moje były bardzo ładne i oryginalne, bo wymyślałam nietypowe wzorki i kolorystykę. Na początku obdarowywałam znajomych, potem koleżanki z pracy od mojej mamy chciały kupować je dla swoich córek i przez jakiś czas dorabiałam sobie do kieszonkowego, bo mama pracowała na uczelni i pań przychodziło do niej dużo :).
  4. Pomoc przy koniach na terenie gospodarstwa Akademii Rolniczej – w zamian za asystowanie przy prostych pracach dostawałam zniżkę na jazdy konne. Właścicielka koni też miała na imię Dorota, nawet nazwisko pamiętam i serdecznie przy okazji pozdrawiam, jeśli pani to czyta!
  5. Fundacja osób niewidomych – świetny zarobek i wstyd do końca życia, jak sobie dziś analizuję zasady działania tej „fundacji”, w której razem z koleżanką dostawałyśmy legitymację z zalaminowanym zdjęciem oraz zestaw długopisów od pana, z którym umawiało się pod jego autem na mieście i w ten sam sposób, raz w tygodniu, przekazywało mu się zarobek z ich sprzedaży. Cena za sztukę: 2 zł. Zarobek na 1 długopisie: 50 gr, chyba że ktoś ofiarował większą sumę. Wówczas cała nadwyżka zostawała w kieszeni wolontariusza. A osoba kupująca długopis myślała, że wyższą kwotą wspiera fundację. Przy okazji, zapewne, nieistniejącą, ale w czasach, kiedy nie było Internetu, ja sama nie mogłam tego sprawdzić. Zrezygnowałam po 2 tygodniach, orientując się, że to wszystko jest szyte grubymi nićmi. Nie pamiętam nawet, ile zarobiłam i co sobie za to kupiłam, poczucie winy jest we mnie do dziś, serio!
  6. Sprzedawca lodów na Kongresie Eucharystycznym – świetna robota dla przedstawicieli handlowych marki Algida. 1997 rok, panowie z komórkami przymocowanymi do pasków od spodni wyposażyli mnie i kolegę z klasy w lodówkę i zapas lodów. My załatwiliśmy zgodę od nieistniejącego już hotelu Saigon na podłączenie do prądu i przechowywanie przez 2 tygodnie lodówki przez noc. Pamiętam nasze spotkanie z dyrektorem hotelu, panem Mingiem, z którym ja i Wojtek, obydwoje po 17 lat, poszliśmy negocjować warunki współpracy. Obstawiam, że anonsowała nas moja mama, bo hotel wynajmował pomieszczenia od uczelni. Po 2 tygodniach (lody sprzedawaliśmy w zimne, deszczowe dni, bo nie dopisała pogoda, ale i tak mieliśmy doskonały wynik) zostawiliśmy pracownikom Saigonu karton Magnum i Solero w podziękowaniu za współpracę.
  7. Zabawki z masy solnej – pod koniec szkoły średniej i jeszcze na studiach był to świetny zarobek sezonowy przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. Do dziś zachowało się kilka moich dzieł.

To 7 pierwszych prac czyli #myfirst7jobs.

Co dalej?

Udzielałam korepetycji z matematyki młodszemu o 5 lat koledze z domu naprzeciwko. Chyba nawet udało mu się dostać czwórkę na koniec roku i moja pomoc przestała być potrzebna ;).

Pomagałam mamie w pracy po godzinach przepisywać prace magisterskie, licencjackie i inżynierskie – najpierw na maszynie, potem na komputerze. Stąd moja umiejętność szybkiego pisania, bez patrzenia na klawiaturę. Teraz chyba już każdy to potrafi, mam rację?

W szkole średniej i na studiach pracowałam też jako hostessa. Przygoda, która zaczęła się w 1997 roku, kiedy mama mojej przyjaciółki była kierownikiem, a później dyrektorem sprzedaży w Avon, zapoczątkowała całkiem dobrze płatną pracę. Pomagałyśmy pani Basi przez rok w czasie różnych spotkań i targów, a później, do pracy u przedstawicieli handlowych w różnych hipermarketach poleciła mnie kuzynka i aż do 2003 roku można było zobaczyć, jak zachęcam do zakupu masła, majonezu, herbat lub kosmetyków w Carrefour, Geant czy Selgrosie. Byłam świetną hostessą nawiązującą kontakt z przechodzącymi ludźmi i zawsze, gdy widzę dziewczyny, które po prostu stoją przy półce i nic nie robią, uśmiecham się do swoich myśli na wspomnienie czasów, gdy kierownik stoiska przynosił nam raport sprzedaży i pokazywał, jak ładnie rosła dzięki pracy mojej i koleżanek.

W czasie studiów byłam jeszcze wakacyjną sekretarką na zastępstwo w TKT Polska, kelnerką w nocnym klubie Metropolis, pracowałam jako pokojówka w Holandii w hotelu Best Western, potem, jako konsultant ds. obsługi klienta odbierałam telefony w eurobanku i sprawdzałam, kto może dostać kredyt i jaka będzie jego wysokość. Tuż po obronie wzięłam udział w wewnętrznej rekrutacji i zostałam młodszym specjalistą ds. marketingu.

Pod studiach przeszłam pierwszy etap rekrutacji do PriceWaterhouseCoopers i nie pamiętam już, co było powodem mojej rezygnacji w udziale w dalszej części procesu – może dostałam wtedy kolejną pracę? Pamiętam, że zdałam jakiś skomplikowany test, gdzie czasu na przeliczanie czegokolwiek było jak na lekarstwo, a całość prowadzono w języku angielskim. Kto wie, może zostałabym doskonałą audytorką?

Moja kariera w marketingu rozwinęła się w kierunku branży IT, byłam menedżerem marketingu w Gigabyte, potem powróciłam do bankowości, pracując przez kilka miesięcy jako menedżer produktu w Lukas Banku, później wróciłam do Gigabyte, a potem nadeszła najlepsza praca na etacie, jaką można sobie wyobrazić, czyli stacjonujący w domu menedżer marketingu w 14 krajach europejskich, podróżujący po swoim regionie. Po 6 miesiącach mojej pracy w USA nastał kryzys i, decyzją kalifornijskiej centrali, zlikwidowano moje stanowisko, a ja założyłam blog, wtedy jeszcze pod nazwą Pozytywna Kuchnia, z myślą o tym, że właśnie tak będę zarabiać na życie.

Był jeszcze krótki romans z PR-em w początkowej fazie blogowania, do dziś jestem wdzięczna moim szefowym za przygarnięcie mnie w tak trudnym dla mnie czasie. Później już tylko blogosfera, zmiana domeny na DOROTA.iN i tak jest do dziś, to moja najdłużej trwająca praca :).

Moje prace i doświadczenia

Miałam przeróżnych szefów, od inspirujących, od których mogłam się wiele nauczyć do denerwujących, z którymi ścieraliśmy się i szliśmy „na noże”. W każdej pracy ogromnie się starałam, ale uważam, że nie do każdej się nadawałam, zwłaszcza gdy w grę wchodziła współpraca z dużą liczbą osób, a ja – samotnik z upodobania, najlepiej radzę sobie tam, gdzie mam coś zrobić samodzielnie.

Byłam słabym PR-owcem, średnio dobrym sprzedawcą usług finansowych plasującym się zawsze w połowie rankingu i przestałam wierzyć w inteligencję i dobre wychowanie społeczeństwa po 6 miesiącach pracy „na słuchawce”.

Byłam też słabą szefową, zupełnie niegotową do zarządzania zespołem. Okazałam się za to doskonale zorganizowanym marketingowcem zorientowanym na zadania, świetnym analitykiem i te umiejętności do dziś wykorzystuję w zarządzaniu własnym biznesem. W wolnych chwilach relaksowałam się w kuchni i marzyłam o podróżach, nie zdając sobie sprawy, że kiedyś spadnę z bardzo wysokiego stanowiska, żeby móc znów zacząć od nowa i zrealizować swoje marzenia.

7 pierwszych prac pokazuje, że w życiu zawodowym nie musi być ważna branża, w której się zaczyna, choć oczywiście świetnie od razu zająć się tym, co lubi się najbardziej i w czym chciałoby się rozwijać. Każda praca, która jest wykonywana starannie i z zaangażowaniem, uczy samodzielności, odpowiedzialności i zaradności, a wyciągnięte na przyszłość wnioski dodają doświadczenia i budują zawodowy kapitał na przyszłość.

Pamiętacie swoje pierwsze prace? Jak wpłynęły na to, czym zajmujecie się dziś? Ciekawa jestem, jak je wspominacie i czekam na Wasze komentarze!

Dorota Kamińska

Blogerka kulinarna, fotograf, podróżniczka

Cześć, mam na imię Dorota i publikuję przepisy kulinarne z filmami wideo na DOROTA.iN i jestem autorką książki „Superfood po polsku”. Uwielbiam gotować i karmić siebie i innych, kiedyś moim hobby było pieczenie serników, a potem „wkręciłam się” w odchudzanie… posiłków ;). Od ładnych paru lat doradzam, jak jeść smacznie i zdrowo (da się!), żeby dobrze się czuć, mieć mnóstwo uśmiechu i energii oraz miło spędzać czas, nie tylko w kuchni.Więcej o mnie | Dorota Kamińska na G+

4 komentarze
  1. A ja martwiłam się, że mam 27 lat i zmieniam kolejny raz pracę (rzucam korporację! 🙂 ) Jak widać, być może jeszcze wieeele przede mną 😉

    1. Ja zmieniałam pracę średnio co 2 lata. Niektórzy podczas rozmów kwalifikacyjnych wytykali mi to jako wadę, ale można się z tego łatwo wybronić :). Wszystko jeszcze przed tobą :D.

Napisz do mnie :)

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.